Uaga znów ze wstrętem i lękiem patrzyła na obrządki pogańskie i węże tak poufale w domu jej rodziców żyjące. Bolało ją też lekceważenie wiary Chrystusowej, bolał ją brak znaku krzyża świętego, który w wielkiej tajemnicy codziennie na czole swoim kładła. Ochrzczona wraz z wieloma innymi zaraz po przybyciu do Malborka, wychowywana również wraz z innymi poza murami zamku, w mieście, pod opieką jakiejś starej pobożnej kobiety umiłowała nową wiarę, wskazującą jej niedościgłą, nieziemską, a pełną uroku przyszłość.
W murach zamku była jeno czas krótki, to jest od chwili, gdy spalono miasto, nie miała więc czasu rozpatrzeć się w życiu Krzyżaków, w ich przewrotności. Nie wnikała w żadne pobudki, jakie nimi kierowały przy zabieraniu dzieci żmudzkich i litewskich, wierzyła, że doprowadzanie do wiary świętej głównym ich było celem. Uwolnienie tylu dziewcząt, odesłanie ich do rodziców uważała za akt wielkiej gorliwości w krzewieniu wiary. Innych pobudek, innych celów nie znała, nie rozumiała.
„Jeżeli są jeszcze tacy, co nie wierzą w prawdziwego Boga, opowiem im, uwierzą!” — myślała wracając z całą prostotą dziewiczej, nie skażonej duszy.
W drodze nie rozumiała jeszcze ojców swych mowy; od chwili gdy zaczęła ją nieco pojmować, pojmowała jednocześnie, że wszyscy, co ją otaczali, byli poganami.
Dom więc, rodzice, domownicy, służba, słowem, całe Geradajosy, ze swymi obrządkami pogańskimi, stały się dla niej obce. Ona z nimi, oni z nią nie mieli nic wspólnego.
Próbowała też nieraz opowiadać o jedynym Bogu; że jednak dostatecznie mowy litewskiej nie umiała, plątała wyrazy niemieckie, które jeno oburzenie w słuchaczach wzniecały. Po wielekroć razy chciała upaść do nóg matce, wyznać, że jest chrześcijanką, prosić, żeby i ona wiarę tę przyjęła, ale jeden błysk oczu, jedno słówko niechętne dla prawdziwej wiary i ich krzewicieli ochładzały Uagę w zapale.
— Później to uczynię — mówiła sobie.
Tymczasem mowa niemiecka, oschłość i chłód od niej wiejący, miasto zbliżać, oddalały ją od nich. Wyradzała się wprost obopólna niechęć.
„Gdybym tak ścięła ten wielki dąb uważany za świętość? — myślała sobie, kopiąc się po głębokim śniegu i przypatrując rozłożystym, smutnym konarom drzewa.
Przypatrywała się długo i wyniosła to przekonanie, że nie jeden jej topór, lecz kilkadziesiąt nie poradziłoby olbrzymowi.