— Miłowanie ma dla świętego dębu — mówiła Peleda, wskazując ją swej pani.
— Oby natchnął ją i odmienił — wzdychała strapiona matka.
A Uaga, spojrzawszy na wielki pień, na wykrzywione dziwacznie gałęzie, na chrzęst wywołany poświstem zimowego wichru, z drżeniem się odwracała, mówiąc:
— Nie, nie!
I mimo woli strach ją przejmował. I kilka razy tak się zaciekała, wracając zawsze z jakimś zabobonnym strachem. Co więcej, widok starego dębu budził w niej jakąś cześć i dziwne umiłowanie. To znów przychodziło jej na myśl:
— Zgaszę ten święty znicz!
I stawała przed ogniem, namyślając się, jak by płomienie zgasić.
A kiedy raz, wielce zadumana, wpatrywała się w jego ciemnoczerwone płomienie, prześliznął się koło niej wąż i podniósłszy łeb, zasyczał. Uaga odskoczyła od paleniska, lecz wstrętny gad popełzał za nią, sycząc coraz głośniej. Co gorsza spomiędzy polnych kamieni, którymi podłoga izby była wyłożona, gady, zwabione sykiem swego towarzysza, ze wszystkich stron zaczęły wyłazić, otaczając wystraszoną dziewczynę. Uciekła przed nimi, ukryła się w swej bokówce52, wzięła w rękę krzyżyk, który sama sobie z dwóch drewienek związała, padła na kolana i zatonęła w głębokiej modlitwie. Nie słyszała nawet skrzypnięcia drzwi, usłyszała jeno rozpaczliwy krzyk matki i runięcie jej ciała na podłogę.
Podbiegła do niej, podniosła obejmując silnym ramieniem, lecz matka ją odtrąciła, wołając:
— Precz! Tyś Niemka, Niemka!