A Plauen, mimo zawartego pokoju, wysyłał od czasu do czasu małe oddziałki na Żmudź, niby dla zobaczenia, czy tam wszystko spokojnie, w rzeczywistości zaś dla zabrania dobytku nieraz najbiedniejszej ludności.

W Zakonie wytworzyły się dwa stronnictwa.

Jedno, bardzo nieliczne, z Henrykiem von Plauenem, stryjecznym bratem mistrza, na czele; drugie, bardzo liczne, z Michałem Kochmajstrem, obecnym komturem Torunia. Ten otworzył gościnne wrota swojej komturii, zapraszając głównych przedstawicieli dla narady. W gruncie zaś chował śmiałe zamiary, by po zrzuceniu Plauena z mistrzostwa sam na to dostojeństwo został obrany.

Stryjeczny mistrza Plauena, stanąwszy w dumnej postawie, gorąco bronił swego krewniaka, wołając:

— Mistrz Plauen energią swą uratował honor Zakonu, ochronił go od zagłady!

A Michał Kochmajster wrzasnął:

— Mistrz Plauen swą gwałtownością popchnął Zakon do ostatecznej zagłady!

— Tak, to są już tylko zgliszcza Zakonu — szepnął Anton Ludwigsburg.

I dalej wrzało na niekorzyść Plauena.

— A poza Zakonem jeszcze większa niechęć ku Krzyżakom wzrosła. Wysyłanie oddziałów na Żmudź i Litwę, zdzierstwa i grabieże usposabiają jak najgorzej ludność. Jeżeli dawniej patrzono na Zakon z bojaźnią, teraz na widok białego płaszcza z krzykiem uciekają chowając, co mają najdroższego, chowają zaś najskrzętniej kobiety i dzieci — zakończył Kochmajster.