— Albo i Grudziądza!
I tak jeden po drugim wymieniali miasta będące pod ich rządami.
Wrzało coraz głośniej, jak gdyby ktoś dorzucał drew pod kocioł, w którym nakryta szczelnie woda nie mogła znaleźć ujścia do wylania się na zewnątrz.
— Co to szukać daleko! — wrzasnął znów Kochmajster, a stanąwszy wyciągnął dłoń przed siebie i mówił: — Tam, tam, koło samego Malborka, głównej siedziby Zakonu, gdzie tyle dobrodziejstw Zakon posiał: zakładał miasta, uczył rzemiosł, rozszerzał handel, z barbarzyńców czynił ludzi, bogacił ich, dziś ludność wre na Krzyżaków niechęcią i każdemu by z ochotą mizerykordię53 w gardło wcisnęła! A wszystko to ucisk, ucisk, jeszcze raz ucisk i nieumiejętne postępowanie Plauena.
Stronnictwo Plauena, i tak bardzo nieliczne, coraz więcej porozumiewało się wzrokiem i coraz więcej przyznawało słuszności swoim przeciwnikom. Jeden tylko brat mistrza podnosił jego zasługi, szukając głosem i wzrokiem poparcia u swoich stronników. Z bólem wszakże widział, że głos jego jest najzupełniej odosobniony.
— Trzeba ratować Zakon! — zawyrokował Wilhelm Wallenrod.
— Trzeba! — zawołali wszyscy jednogłośnie, nie wyłączając garstki stronników mistrza Plauena.
— Mistrz Henryk von Plauen wiem, że obmyśla środki ku temu, ma nawet zamiar rozpocząć wojnę z Polską — począł brat jego.
— Cha! cha! cha! Cha! cha! cha! — zaśmiano się na całe gardło.
A potem, jak w zamku malborskim na poufnej naradzie, wrzaśnięto z całą wściekłością: