Michał Kochmajster dał jakiś niepostrzeżony znak Henrykowi Leuchterowi, a ten nie odzywając się już ani słówkiem, wymknął się z posiedzenia.
A w komnacie wrzało i wrzało. Stare wino z piwnic Kochmajstra, napełnianych daniną kupców z Torunia i całej komandorii, podniecało umysły, rozgrzewało niechęcią do Plauena, zapalając miłością i uwielbieniem ku Kochmajstrowi, jakby w nie piwniczy wsypał stosownego do okoliczności proszku.
A na zamku malborskim siedział mistrz Henryk von Plauen i wcale niewesołymi bawił się myślami.
Wiedział on o wrzeniu i niechęci, jakie się podnosiły w Zakonie, nie przypuszczał jednak nigdy, żeby gad zjadliwy aż tak daleko zapuścił swe korzenie. Czuł się wielkim i o tej wielkości i sile miał jak najwyższe pojęcie. Ba, nie tylko pojęcie, lecz wprost mówił:
— Nikt mnie zastąpić nie zdoła, beze mnie byłyby to tylko zgliszcza Zakonu!
Nie trapił go więc niepokój o jego własną osobę, zdawała mu się nadto potężną i nietykalną, lecz w tej chwili otrzymał wieści o bliskim już dojściu do skutku zjednoczenia Litwy z Polską. To go nurtowało.
— Byłoby to już rzeczywistą zgubą Zakonu — wyszeptał targając szeroką dłonią siwiejącą brodę.
Wtem krótki głos trąbki z wieżycy ozwał się po dwakroć.
„Ktoś ze swoich” — pomyślał Plauen z pewną otuchą.
I mimo woli przysunął się do okna. Lecz nic nie dojrzał. Okno wychodziło na boczny dziedziniec. Chciał klasnąć w dłonie i kazać dowiedzieć się, kto by przybywał, wstrzymał się wszakże i szepnął: