— Po drugiej, ale z dala, bardzo z dala — mówił Wojtek, zachęcony łaskawością monarchy. — A prócz rycerzy na koniach jest moc pieszych w blachach i z ogromnie długimi dzidami. A prowadzą takie wielkie skrzynki, a te skrzynki mają takie długie gardziele, a jak podsypią jakiś czarny proszek i podpalą, to z onych gardzieli wylatują wielkie okrągłe kamienie. I dym także, i ogień. A śmierdzi tak, że w gardle drapie i w nosie kręci — dodał chłopak, wstrząsając się cały.
— Jakżeś to wszystko spenetrował? — zdziwił się król, nie dowierzając opowiadaniu.
— Toćem był tam, w zaroślach, Boga mi! Potem buchnąłem do rzeki, ledwom nie utonął, alem dopłynął — dodał chwiejąc się.
Teraz dopiero spostrzeżono, że chłopak był ociekły wodą i tak zmęczony, że ledwo mógł się utrzymać na nogach. Uwierzono więc. Uwierzono tym więcej, że już poprzednio dochodziły wieści, iż Krzyżacy wiodą z sobą jakieś maszyny piekielne, dotąd zgoła nie znane.
— Opatrzyć chłopaka i trzymać pod strażą! — rozkazał król. A zamyśliwszy się chwilkę, wydał znów rozkaz: — Wezwać Jana z Tarnowa!
Ten, nie czekając wezwania, był już przed namiotem królewskim.
— Słyszałeś, mości kasztelanie? — spytał monarcha.
— Słyszałem wieści o ukrytych Krzyżakach po drugiej stronie rzeki.
— Hm — odrzekł król w zamyśleniu. — Zwołać radę! — rzucił stanowczym głosem.
Kasztelan wydał stosowne polecenie. Nie ubiegło i trzech pacierzy, przybył Witold, wielki książę litewski, Ziemowit, książę mazowiecki, i kilku innych.