Jan z Tarnowa, kasztelan krakowski, jako główny doradca, stanął tuż przy monarsze.

— Wieści o Krzyżakach po drugiej stronie rzeki coraz gęstsze — począł król powolnym głosem, jak to miał zwyczaj przy początku obrad. I wejrzenie skierował na Witolda. A ten począł:

— Mistrz Ulryk rozłożył się z główną swoją chorągwią, a tuż są maszyny piekielne, które z wielkich gardzieli wypluwają kule żelazne.

— Skąd wiesz o tym, miłościwy książę? — przerwał król.

— Od tych, których wysyłam na zwiady! — rzucił Witold na poły urażonym głosem.

— Więc to prawda? — spytał król gorąco.

— Umiem prawdę odróżnić od fałszu, a wątpliwych wieści nie śmiałbym jego królewskiej mości donosić.

A kasztelan krakowski, widząc, że się rozmowa zaognia, jak to często między braćmi bywało, ozwał się zaraz:

— Chętliwym wielce uchem najmiłościwszy pan słucha z waszych książęcych ust potwierdzenia, bo przed chwilą przyniósł je chłopak, co wpław rzekę przepłynął.

— Dzielny to jakiś chłopak, można mu wierzyć — przerwał Witold.