— Nie spodziejesz się, ty przechero, jak ci zmiotę twoje potężne wojsko, a z głowy zedrę koronę! — odgrażał się dalej.
I 14 lipca, pewny zwycięstwa, zjawił się niespodziewanie z olbrzymimi siłami naprzeciw wojsk Jagiełłowych.
— Mieć w pogotowiu kajdany! — wołał Jungingen.
I z nadzwyczajną sprawnością i pośpiechem sam objeżdżał wszystkie główniejsze chorągwie, tak że cudzoziemscy rycerze mówili:
— Ten urodzony na wodza!
— Pod takim łacno zwyciężyć!
— A choćby głowę położyć, też sława — dodawali inni.
Jagiełło inaczej zupełnie przyjął wieść tak o zwycięstwie pod Dąbrównem, jak i o nagłym zjawieniu się wojsk nieprzyjacielskich. Niechętny zrazu do walki, teraz, po pierwszym zwycięstwie, rozgorzały niepohamowaną jej żądzą, powstrzymywał jeno przyrodzoną swą ku niej gorącość.
— Nim ją rozpocznę, trzeba podziękować Najwyższemu za zwycięstwo i o dalsze błagać — rzekł i do wysłuchania mszy świętej o świcie 15 lipca się sposobił.
— Uderzyć nie zwlekając! Uderzyć, nim się nieprzyjaciel opatrzy! — wołał Witold.