A król, skinąwszy ręką, rzekł:

— Sposobić się do boju. Nim wszystko będzie gotowe, ja oddam siebie, ziemię tę i naród w opiekę Najwyższego.

Słuchał więc z pobożnością ofiary, a świt poranny promieniami zorzy oświecał purpurą modlącego się króla i jego niezliczone szeregi.

A Zyndram z Maszkowic sprawiał wojska koronne i ustawiał je w szyki. A Witold toż samo czynił z litewskimi i ruskimi. Czyniono to z wielkim pośpiechem, jednak nim wszystko doprowadzono do należytego porządku, słońce już wzbiło się ku górze. Wzbiło się, lecz jakimś zasmuconym, jakby mgłą przysłoniętym okiem na świat poglądało.

A król po wysłuchaniu mszy świętej z nieodstępnym pocztem oddalił się na pagórek między lasami położony i z zadowoleniem poglądał na ustawione w bojowym szyku szeregi. A jednocześnie przez wielką lunetę, otrzymaną w darze od mistrza Jungingena, kiedy to chciał zawrzeć ugodę, poglądał w dal na pola.

Teraz przez ową lunetę dojrzał Jagiełło, że tenże sam mistrz rozłożył się ze swymi wielkimi wojskami między wsią Grunwaldem a Tannenbergiem. Zapałały więc królowi oczy jeszcze większym ogniem, a w piersi zakołatała jeszcze większa żądza natychmiastowego boju. Ale przedtem jeszcze rozdawał rycerskie pasy, co było jakby mianowaniem młodzieniaszków na rycerzy. Pierwszy raz szli oni na nieprzyjaciela, a król zachęcał ich, mówiąc:

— Polecić się Bogu, nacierać śmiało! Bitwa, to najpiękniejsza chwila w życiu wojaka.

I błogosławił ich jako ojciec.

Ale Witold stojąc na uboczu, gotowy do walki, dowiedziawszy się, czym się król zajmuje, szemrał:

— Właśnie też czas na takie zabawy!