I niecierpliwił się coraz więcej. A król począł wdziewać zbroję i sposobić się, aby stanąć na czele. Miał złocistym hełmem okryć głowę, gdy dano mu znać, że dwaj krzyżaccy heroldowie proszą o posłuchanie.
— Niechaj się stawią! — rozkazał Jagiełło.
A przez myśl mu przebiegło:
„Zwycięstwo pod Dąbrównem przekonało ich, że nie dla zabawy przyszliśmy tutaj! Chcą pewnie zgody, ale... ”
Myśl tę przerwało wejście posłów krzyżackich. Prócz mieczów, które mieli przy boku, każdy z nich dźwigał jeszcze miecz wielki, ciężki, z skórzanej pochwy sterczący.
Jagiełło zmierzył ich badawczym wzrokiem, a starszy z przybyłych nie zwlekając począł:
— Najmiłościwszy nasz mistrz, Ulryk von Jungingen, przysyła te oto dwa miecze, jeden dla ciebie, najmiłościwszy monarcho, drugi dla Witolda, wielkiego księcia litewskiego, abyście się mieli czym bronić...
Krew zawrzała w Jagielle na to urągowisko, oczy zabłysły, zdało się, że iskry z nich sypną, powstrzymał się jednak, a obróciwszy się do otaczających go dostojników i porozumiawszy z nimi wzrokiem, spokojnym rzekł głosem:
— Mieczów u nas dostatnio, przyjmujemy wszakże dar z wdzięcznością. Zdadzą się na wasze karki.
Po czym odwrócił się plecami, a posłowie wynieśli się, nic już nie mówiąc. Przyprowadzono ich w milczeniu aż pod sam ich obóz, nie pozwalając rozglądać się wśród ustawionych szeregów, podejrzewając, iż przyszli przepatrzeć nasze siły, co bodaj z tego wszystkiego najpewniejsze.