Jagiełło, zacisnąwszy zęby aż zgrzytnęły, uspokoił się wreszcie i począł dawać rozkazy do bitwy.
Siadł też na cisawego konia, przedniej okazałości i wielkiej cnoty rumaka, i chciał stanąć na czele. Wtedy zaczęto mu przedkładać:
— Najmiłościwszy monarcho, owi dwaj heroldowie krzyżaccy nie po co innego przyszli, jeno żeby przyjrzeć się waszemu obliczu, a potem na was wszelkie swoje siły skierować.
— A bodaj żywcem mistrzowi dostawić — dodawano.
Długo nie chciał król ustąpić i chciał iść osobiście na czele, gdy jednak czas ubiegał, a wojsko z niecierpliwością oczekiwało na znak bitwy, król dał się ubłagać i z oddziałem, w którym był pisarz nadworny, młody Zbyszko z Oleśnicy, i wielu innych, stanął na wzgórzu, skąd wszelkie ruchy i obroty walki mógł widzieć jak na dłoni. I oto zabrzmiała pieśń:
Bogurodzica, Dziewica,
Bogiem sławiona Maryja...
I pieśń tę jedna chorągiew podawała drugiej, a z tysiąca piersi płynął jeden zgodny dźwięk. I zdawało się, że całe przestworze pieśń tę powtarza, a głos jej płynie tam, w górę, ku niebu. A chorągwi tych była moc wielka, a szły jakby nie do boju, lecz na jakąś wielką uroczystość.
Aż oto ozwało się hasło. Trębacze królewscy je głosili. A za nimi powtórzyli trębacze wszystkich chorągwi. I szedł ów głos z lewego skrzydła, którym dowodził Zyndram z Maszkowic, do prawego, gdzie Witold stał na czele swych litewskich i ruskich hufców. A stamtąd zwrócił się odgłos trąb do środkowych chorągwi z Ziemowitem, księciem mazowieckim, na czele. Trębacze powtórzywszy hasło, krótkim, urywanym dźwiękiem je zakończyli. Umilkły dźwięki, echo rozniosło je w najodleglejsze szeregi.
I zrobiła się cisza. Cisza, jaka zwykle bywa przed burzą.