Wtem nagle z obozu nieprzyjacielskiego rozległ się huk tak straszny, jakiego dotąd nikt nie słyszał. I oto przestworze nagle zakryło się dymem, zakrywając słońce, które w czwartej części dnia wyjrzało na świat ciekawie. Dym dziwnie smrodliwy napełnił przestworze i mimo wielkiej odległości doszedł do Jagiełłowego obozu. Był to huk nie znanych dotąd armat, którymi Krzyżacy chcieli przestraszyć naszych wojowników. Lecz, o dziwo, konie miasto15 z lękiem się cofnąć, leciały naprzód jak szalone. Wojownicy z podniesionym mieczem i okrzykiem: „Bóg z nami”, rzucili się bez pamięci na pierwsze szeregi nieprzyjacielskie. Zrobił się szczęk, zgrzyt, szum, łoskot. Zwierz przestraszony krył się w najciaśniejsze nory swego legowiska. Ptaki przelękłe unosiły się w górę lub oszołomione padały na ziemię. Drzewa zdziwione hukiem i łoskotem, dotąd nie znanym, zamilkły wstrzymując szum swych gałęzi.
Zawrzała walka. Walka tak straszna, jak gdyby nie ludzie, lecz obdarzone nadzwyczajną siłą bajeczne olbrzymy ją wiodły. Rycerz z rycerzem się zmagał, pierś o pierś uderzała, szczęk mieczów, huk toporów, świst, łamanie pancerzy, dzid i włóczni mieszały się z okrzykami i wymysłami wzajemnymi, z jękiem rannych, rżeniem i charczeniem koni. Padał jeden zastęp, wyrastał z obu stron drugi jakby spod ziemi.
Król, stojąc na uboczu, wielkim głosem zachęcał do walki, dawał rozkazy.
Witold z podniesionym do góry mieczem, z obnażoną z hełmu głową z nadzwyczajną szybkością przelatywał przed szeregami. Z rozwichrzonym włosem, z pałającymi oczyma, w fioletowoczerwonej szacie kryjącej pod sobą zbroję był jako nadziemskie zjawisko. Żmudzini, którzy oblicza jego nie znali, mówili:
— Perkun16, sam Perkun stanął do wojny.
I choć niektórzy pierwszy raz stawali na polu walki, choć piersi ich i ramiona miasto17 zbroi okryte były jeno włochatą skórą zwierza, szli jednak do boju z wielką zaciętością, innym nie ustępując. Lecz natarcie krzyżackie było zbyt umiejętne i gwałtowne. Szerzyli oni wśród nieprzywykłych do boju straszne zniszczenie.
Padł pierwszy szereg. I oto nagle nieszczęśliwych opanował jakiś niebywały lęk.
— Litwa ucieka! — zabrzmiał jakiś głos złowrogi.
— Żmudź pierzchnęła! — powtórzyli inni.
Głos ten doszedł Witolda, doszedł wytrawnych wodzów. Witold w zapamiętaniu chciał biec za nimi, zawrócić, od sromu18 uchronić. Jedno wszakże spojrzenie, jeden rzut oka na pozostałe szeregi opamiętał go wkrótce. Pozostał dając dalsze rozkazy.