I poddają się, nie widząc już dla siebie nic prócz pogromu.

Ziemowit, książę mazowiecki, spojrzawszy na wielkiego mistrza, z pogardliwym politowaniem kazał go podjąć z ziemi. Ale inni dostojnicy tarzają się we krwi własnej, charkocząc śmiercią straszliwie.

— Markward, komandor brandenburski, sromotnie arkanem19 ściągnięty z konia!

— Zygfryd, dowódca roty, ma odciętą głowę! — wołają w największym lęku niedobitki krzyżackie.

I tak dalej, i dalej.

Popłoch wśród Krzyżaków ogólny. Ci, co nie polegli, zabrani do niewoli.

— Klęska! Klęska! — powtarzają zdławionym głosem.

I garstka niedobitków ucieka. Na polu, jak okiem sięgnąć, krzyżackich ciał mnóstwo. W niewoli tysiące.

— Zwycięstwo! — głoszą piersi naszych wojowników.

A byli i tacy, co znużeni bitwą, dostawszy się do obozu krzyżackiego, poczęli chwytać łupy, chłodząc się winem przywiezionym w mnogich beczkach przez pewnych zwycięstwa Krzyżaków.