— Kto wyciągnie dłoń po łup lub pokosztuje krzyżackiego wina, śmierć temu! — wydał rozkaz Jagiełło wzburzonym głosem. — Roztrzaskać beczki, niech wino wraz z ich krwią użyźni nam ziemię! — rozkazał dalej. I upojony znojnym, lecz szczęśliwie kończącym się dniem, wołał rozpromienionym głosem:
— Zwycięstwo! Zwycięstwo!
A Witold, uznojony walką, w pokrwawionej szacie, w blaskach zachodu wyglądał jak prawdziwy bóg wojny. Nie wołał wprawdzie głosem, lecz każde drgnienie jego twarzy, każdy włos rozwiany, każdy błysk oczu wyrażał: zwycięstwo, zwycięstwo!
I wszyscy dowódcy, każdy wojownik, aż do ciurów obozowych, wołali pełną piersią:
— Zwycięstwo!
Nawet ci, co legli na polu walki, gasnący wzrok podnosili ku niebu, szepcząc:
— Zwycięstwo...
Jeno Sala, jakkolwiek oczy jej świeciły blaskiem rozradowania, nie miała czasu radości tej objawiać. Do chat wieśniaczych znoszono rannych, a ona jak anioł pocieszyciel koiła ich cierpienia.
A słońce, które kilkakrotnie wśród dnia się wahało, czy ukazać swe promienne oblicze, teraz wielkim złotopurpurowym blaskiem oblewało uznojonych walką a upojonych zwycięstwem Jagiełłowych rycerzy. I tymiż samymi blaski przeglądało się w rozlanej krwi, rzucając ostatnie promienie zachodu na zasłane trupami obozowisko Krzyżaków.