Miłościwy panie, ojcze! — wołał zdławionym głosem Hilt, wpadając do izby Henryka Leuchtera, który, jako obciążony wiekiem, pozostał w Malborku, nie biorąc udziału w wyprawie.

— Czego wrzeszczysz?! — zgromił go komtur, który właśnie oddawał się poobiedniej drzemce.

— Nasi wracają — wykrztusił zdławionym głosem knecht.

— Bić we wszystkie dzwony, głosić zwycięstwo! — porwał się starzec.

— Klęskę... — odrzekł Hilt przyciszonym głosem.

— Jak śmiesz podobne wymawiać słowo! — zawołał komtur, przystępując z podniesioną pięścią do niego.

— Nim jego miłość mnie uderzy, niech sam raczy zobaczyć.

Komtur wybiegł śpiesznym krokiem z komnaty. I oto na wielkim podwórcu uderzył go widok niespodziewany. Kilkunastu krzyżackich wojowników zbiedzonych, okrytych pyłem leżało pod murem.

Nie kazał żadnego wołać, sam podszedł ku leżącym. Podniósł jeden z nich głowę, spojrzał i odwrócił się, jak gdyby wzrok pytający komtura ból mu zadawał.

— Co zacz, co? — nalegał starzec.