— I zginął. Litwini, których część w pierwszej chwili pierzchnęła przed naszym naciskiem, mścili się teraz za chwilową porażkę. Witold nimi dowodził, a wiemy, co to za wojak. Otoczyli ze wszech stron mistrza, wiatr skłębił mu płaszcz nad głową, zdawało się, że go uratuje. Gdzie tam! Jakiś Litwin pchnął go sulicą w szyję, drugi ciął w ramię, inny przeszył piersi... Spadł z konia. Głowa już się wtedy jeno trochę na karku trzymała...

— I to Jungingen, Jungingen — westchnął Leuchter.

— Tak, wielki mistrz Jungingen tarzał się teraz we krwi swoich własnych rycerzy — mówił dalej Krzyżak — a te litewskie psy walczyły dalej, rąbiąc, kłując, wżerając się w krzyżackie ciała jak sępy.

— Znam ja ich — mruknął Hilt, chwytając się za skrzywione kolano, jak gdyby go w tej chwili otrzymana kiedyś od Litwinów rana nagle zabolała.

— Ze śmiercią mistrza wszystko się skończyło. Kto mógł, chronił się, uciekał. Pędzili za nami noc całą, chwytając jak dzikiego zwierza na długie sznury... Ledwie nam się oto z życiem ujść udało — kończył znów jakiś niedobitek.

— A inni, inni? — wołał komtur.

— Tam — wskazał ktoś ręką w stronę Grunwaldu.

— Gadaj wyraźnie, biją się?! — wrzeszczał Leuchter.

— Kto?! — zawołał z urągowiskiem opowiadający i dziko się roześmiał.

A zaraz któryś znów podjął: