— Jedni, posiekani, leżą między Grunwaldem a Tannenbergiem, inni w niewoli, garstka poranionych, wzięta przez tych miłosiernych Polaków do opatrunku, wyje z ran i hańby.
— Niepodobna, niepodobna! — wołał komtur, chwytając się za głowę.
A Hilt, wykrzywiwszy twarz jakimś nieokreślonym wyrazem, przestępował z nogi na nogę i mruczał:
— Wszystko dlatego, że mnie tam nie było.
— Hańba! — dał się słyszeć głos zdławiony.
I każdy ze zgrozą one wyrazy powtarzał. Jeden tylko z przybyłych nie rzekł ni słowa, jeno rozpatrując się bacznym okiem po wszystkim, uparcie milczał. Ale inni, jeden po drugim dźwigali się, wstawali i patrząc błędnym okiem, powtarzali:
— Hańba! Klęska!
I naraz w obszernym podwórcu malborskiego zamku słychać było jeno:
— Klęska! Hańba!
Wyrazy te, wypowiadane grobowym głosem, rozlegały się głuchym echem, przylegały do grubych murów, a echo roznosiło je po innych podwórcach i zaułkach.