— Pomściłem się za wszelkie hańby i okrucieństwa. Powinienem się tym nasycić... — starał się uspokoić.

— A jednak... — szeptał mu znów głos jakiś.

Aż i jego sen dobroczynny ukołysał.

I cisza się zrobiła. Słychać było jeno oddech śpiących, a przy zapalonych pod rozłożonymi namiotami pochodniach pisarze królewscy spisywali wypadki dnia, ażeby im nic nie wyszło z pamięci.

A tam, nad pobojowiskiem, krążyła moc żarłocznego ptactwa, aż spadła wielką czarną chmurą, sprawiając sobie wielką ucztę z ciał poległych.

Świt zapowiadał dzień pogodny. Rumiane zorze rozsyłały purpurowe promienie, aż i złotofioletowe słońce wstawać poczęło. Z nim poczęło się budzić życie w całym obozie. Ten i ów przecierał oczy i głośnym ziewnięciem przyprowadzał do porządku uśpione spoczynkiem myśli.

Król najpierwszy był na nogach. Kazał też zaraz gotować się do dziękczynnej ofiary. Z wielką okazałością, na ustawionych wojennych bębnach i zdobytym na Krzyżakach rynsztunku, zbudowano ołtarz. Chorągwie zdobyte nad nim powiewały. Arcybiskup Mikołaj Trąba odprawiał mszę świętą. Cały obóz z królem, księciem Witoldem i przedniejszymi wodzami na czele słuchał jej w wielkim skupieniu. Na zakończenie arcybiskup zaintonował Święty Boże.

Święty mocny, święty a nieśmiertelny — powtórzyli za nim niżej będący. Aż wreszcie ze wszystkich piersi buchnęło: — Zmiłuj się nad nami!

I echo pieśń tę rozniosło po polach i gajach, podzwaniając ją w najodleglejsze strony.

Po rannym posiłku, który się wiernie należał wygłodzonym wczorajszego dnia żołądkom, król zawołał: