Ranni jeńcy pod opieką licznej wykwalifikowanej służby zdrowia, nad którą miała pieczę Sala i jej dwie służebne, rozmieszczeni na wozach i po chatach wieśniaczych, nie mogli się skarżyć na brak właściwych starań. Gdy jednak doszła do nich wieść o poniesionej klęsce, byli tacy, co kryli twarz, przysłaniali uszy, nie chcąc słyszeć radosnych szeptów swych towarzyszy-zwycięzców, a byli i tacy, co usiłowali zerwać opatrunek, aby nie stanąć twarzą w twarz z hańbą, jaka wojska krzyżackie spotkała.
Jeno Karol von Leuwarden, książę Fryzlandii, leżąc bezprzytomnie, uśmiechał się do jakichś wizji, które mu się snadź w gorączce przedstawiały. U wezgłowia siedział wierny Bonifacjusz, który własnymi rękami uniósł z pola bitwy swego ukochanego wychowańca, oddając się wraz z nim w niewolę.
Sala, dzieląc starania między wszystkich, często zatrzymywała się nad młodziutkim księciem, przynosząc mu jakiś napój chłodzący lub badając, czy głowa jego szpetnie posiekana nie potrzebuje nowego opatrunku. Bonifacjusz, patrząc na nią z wdzięcznością, mówił sobie:
— Zaliż w Polsce miasto24 dziewek anioły mieszkają?
Sala zaś, spełniając swe obowiązki, biegła myślą do brata, do ukochanego Kuby. Szukała go między jeńcami wziętymi do niewoli i rannymi na polu walki, nigdzie go ani oko.
„Może go nie wołali na wojnę? Może zginął? O knechta nikt się nie troszczy” — myślała.
I do Sienichy myśl jej również często się zwracała.
— Co się z nią dzieje? Gdzie się obraca? — Lecz na te pytania wicher nawet nie odpowiadał.
I Sienicha toż samo pytanie sobie powtarzała.
Dziwić by się bodaj należało, jak jej sił starczyło. Kręcąc się wciąż koło obozów krzyżackich, miała jednak czas donosić o każdym ich obrocie dowódcom żmudzkim i litewskim.