— Cicho! — wrzasnął Plauen potężnym głosem. — Cicho! Jak kto powtórzy te słowa, śmierć! — wrzasnął jeszcze groźniej.

Nagle zrobiła się cisza. Jednym oczy zabłysły, inni machnęli ręką, inni byli tak przygnębieni, że nie odczuwali nawet najmniejszej nadziei, bo po tym, co widzieli, czego doznali, nie wyobrażali sobie, żeby mogła się jaka znaleźć. Jeden tylko knecht, ów milczący i ponury, z wielkim zdziwieniem zwrócił wzrok w stronę przybyłego komtura i cały w słuch się zamienił, chwytając też każdy ruch, każde słowo Plauena. A ten zsiadłszy z konia, rozkazywał głosem dowódcy:

— Ilu was jest, pod broń!

Spojrzano zdziwionymi oczyma. Nikt się nie ruszył.

— Opatrywać broń, szykować się do obrony zamku! — rozkazywał.

— Anton Ludwigsburg! — wrzasnął.

Ten zbliżył się leniwym krokiem.

— Weźmiesz, bracie, wielebny komturze, ludzi, pójdziesz do okolicznych wiosek nie zajętych jeszcze przez nieprzyjaciela, zbierzesz, ile się da wołów, baranów, świń i rozmaitej żywiny, a też krup, zboża, mąki.

Słuchano tych rozkazów z niedowierzaniem i zdziwieniem.

— W tej chwili ruszać! — rozkazał. — Wszystko pakować na wozy, prowadzić za mury! — dokończył.