— Ale skąd wozów? — spytał nieśmiało Anton.
— Mało ich we wsiach okolicznych?! — wrzasnął zniecierpliwionym głosem Plauen.
I rozglądał się, jakby kogoś szukając. Wzrok jego padł na Hilta.
— Ty, kulasie, jak ci tam?!
— Hilt, starszy knecht z dziesiątego podwórca, do usług jego miłości.
— Weźmiesz, ilu jest knechtów, zwołasz pospolitaków i robotników z miasta, pogłębicie fosy i zrobicie jak najwyższe koło murów nasypy!
— Będzie spełnione według rozkazu waszej miłości — odrzekł Hilt, uważając się za wielce ważną w tej chwili osobę.
— Nasypy muszą być skończone do świtu! — rozkazał Plauen. I znów spojrzał po patrzących na niego ze zdziwieniem. — A, Michel z Gołuba! Właśnie mi cię, bracie, potrzeba! — zawołał na jednego z Krzyżaków, który zdołał schronić się przed pogonią. — Pójdziesz do miasta, zbierzesz co silniejszych, umiejących robić bronią mieszczan i sprowadzisz ich do zamku.
W zgnębionego Michela wstąpiła jakaś otucha, rozglądał się za ludźmi, których miał wziąć do pomocy.
A Plauen rzekł jakby do siebie: