— I z tych opasłych mieszczuchów zrobię obrońców zamku, niech jeno ich dostanę.
Po niejakiej chwili Anton Ludwigsburg z trzema innymi wychodził za bramę.
Hilt na czele kilkunastu z łopatami i szpadlami w ręku zabierał się do odejścia.
— Jakub! — krzyknął Hilt głosem dowódcy do wsłuchującego się w dalsze rozkazy Plauena. — Nie słyszałeś, co nowy mistrz rozkazał?
— Nowy mistrz? — spytał tenże zdziwiony.
— Przemówiłeś nareszcie! — roześmiał się Hilt. — Ale cóż się dziwisz? Tamtego uśmiercili Litwini czy Polacy, toć Zakon nie obejdzie się bez następcy — mówił głosem świadomego wszelkich spraw Zakonu. — Nie obejdzie się też bez Hilta, oho! — dodał z wielką chełpliwością, kuśtykając na skrzywionej nodze.
W tej chwili trębacz ogłosił nowo przybywających. Trąba ozwała się miarowo, poważnie, z odcieniem radości, jak zwykle, gdy witano gości.
Plauen zatarł ręce. To jeden z uformowanych przez niego po wszystkich komandoriach oddział ciągnął do zamku.
Hilt wstrzymał się ze swoimi, jakby chciał wzrok nasycić widokiem przybywających.
Przypatrywał się im i Jakub. Przypatrywał nader ciekawie, oglądając nie tylko ludzi, lecz ich uzbrojenie i rumaki. Zdołał też uchwycić, że z Prus, gdzie wojna nie dosięgła, nadciągnie jeszcze wielu rycerzy na obronę Malborka. Po chwili, wielce zamyślony, udał się za Hiltem, który z miną dowódcy zebranych ludzi boczną furtą wyprowadził za mury.