Hilt przyśpieszał robotę i jak było nakazane, wschód słońca oświecił świeżo narzucone nasypy i pogłębione fosy. Nie mieli nawet zbyt wiele do czynienia, bo zamek, oblany z jednej strony odnogą Wisły, z dawna był doskonale obwarowany i tylko niektóre nasypy trzeba było poprawić. Wracał więc Hilt ze swoimi z triumfującą miną, ale gdy się rozejrzał, młodego knechta nigdzie nie było. Brakowało też pary szczudeł do poglądania z ich wysokości na okolicę.
— Gdzie się ten psia noga podział? — pytał robotników.
Ale nikt go przy nasypach nie widział.
— Urwipołć, nicpoń, pasibrzuch, dawniej do roboty był jedyny, teraz, jak powąchał wojny i Polacy przyłożyli mu parą płazów na skórę, zmyka od wszystkiego i kuli się jak pies, gdy go wodą obleją! — krzyczał rozgniewany kulas. — Ale ja mu dam, pozna, co to Hilt znaczy — zakończył.
Nie mógł wszakże pogróżki swej spełnić, bo Jakuba nigdzie nie było. Zresztą, nikt nie miał czasu troszczyć się o niego. We wszystkich podwórcach zamku kipiało gorączkowym przygotowaniem do odparcia spodziewanego oblężenia przez wojska Jagiełłowe.
I słusznie mogli się tego spodziewać. Jagiełło bowiem po uczcie zebrał radę wojenną, złożoną z najżyczliwszych i najwaleczniejszych rycerzy. Byli więc: Zyndram z Maszkowic; Ziemko i Kazimierz, książęta mazowieccy; wytrawny doradca, Jaśko z Tarnowa, kasztelan krakowski; Skarbek Habdank z Góry; Mikołaj Nałęcz; a przed wszystkimi Witold, książę litewski.
Otoczyli oni ciasnym kołem króla i przyciszonym głosem, miarkując wewnętrzne podniecenie, radzili:
— Zaliż skończymy walkę na tym szczęśliwym zwycięstwie? — zapytał monarcha.
— Nie, nie!
— Boga mi, nie! — odpowiedziano jednogłośnie z zapałem.