— Na gałąź z nim! — zawołano.

— Dobrze, pójdę i na gałąź, pierwej jednak stawcie mnie choćby przed samym monarchą.

To mówiąc rzucił kule, wyprostował się, stanął na obu nogach, wykrzywioną szpetnie twarz doprowadził do porządku, a oczy zapałały mu jak u młodego żbika. Śmiałość i nagłe przeobrażenie się w dorodnego młodzieńca stropiły wszystkich. Nagle ozwał się głos:

— Ho, ho, ho!

I wysoka postać Sienichy, podpierającej się długim kosturem, ukazała się tuż przy gromadce otaczającej przybyłego.

— Ho, ho, ho! — wołała coraz donośniej.

A zbliżywszy się, rzekła: — Byłam w chacie przy rannych, gdy mi się mignął jakiś pokraka. Chciałabym zbadać, co zacz.

Rozstąpili się wszyscy, boć znali ją dobrze i w wielkim mieli poszanowaniu.

— To ty, byłam pewna, że nie kto inny! — zawołała spojrzawszy na młodzieńca. — Setnego z siebie zrobiłeś dziwotwora — mówiła wesoło. — Dobrze, dobrze, ale cóż przynosisz?

— Leciałem dzień i noc, a tu chcieli mnie wziąć na gałąź. Niech ta, ale pierw muszę wypowiedzieć to, z czym przyszedłem, choćby samemu królowi. — To mówiąc, schylił się do nóg Sienichy. Ta z lubością położyła dłoń na jego głowie, a potem rzekła: