— Prowadźcie go, prowadźcie! A potem pożywcie. To nasz, nasz!

Położywszy raz jeszcze dłoń na jego ramieniu, ruszyła z powrotem.

Teraz zupełnie inaczej spojrzano na przybyłego. Niebawem stawiono go przed królem.

— Co rzekniesz? — spytał monarcha.

— Plauen, komtur ze Świecia, przybył trzy dni temu do Malborka, z nim liczny oddział rycerzy. Wkrótce nadciągnęło więcej, będzie ich ze trzy tysiące. Kazał jeszcze i z miasta ludzi do zamku zwołać, i żywności jak najwięcej sprowadzić, i szańce poprawiać, a ja od tych szańców uciekłem, żeby wam, najmiłościwszy królu, o wszystkim donieść — mówił jednym tchem były knecht krzyżacki.

— Hm, hm — powtarzał Jagiełło, słuchając tej opowieści. — A coś ty za jeden? — zapytał nagle.

— Jakub Bobrownicki, brat Sali, porwany ongi przez Krzyżaków, w ich zamku wychowany, a przez Sienichę od zagłady uchroniony — mówił chłopak tak śmiało, jakby do równego sobie.

— Niezbadane wyroki boskie! — rzucił król, który od kasztelana krakowskiego słyszał o Sali, a i o uprowadzeniu jej brata jakoś sobie przypomniał. — Powtórzysz to wszystko raz jeszcze — rzekł monarcha.

I wydał rozkaz, żeby się niezwłocznie przyboczna rada zebrała.

Jakub schylił się do nóg królewskich, a stanąwszy na uboczu, widział przybywających na naradę rycerzy. Gdy ujrzał Witolda, oczy mu zaświeciły i o mało nie wyskoczył ku niemu, tak mu wielka radość w piersiach się rozparła. Widział go bowiem podczas bitwy i wielkie umiłowanie ku niemu powziął.