A że słońce już dogasało, każdy szedł do swoich chorągwi, ażeby dawać rozkazy i do marszu się sposobić.

Niebo wyiskrzone gwiazdami i jasny księżyc przyświecały przygotowaniom.

Mimo to nie wszyscy mieli ochotę na dalszą wyprawę.

— Trudna to będzie z nimi sprawa — szepnął ktoś, komu już wojaczka dojadła i rad by był choćby przed siewami do domu wrócić.

— Co za trudna! — huknął Zyndram z Maszkowic. — Mamy przecie maszyny piekielne, na Krzyżakach zdobyte! — dodał.

— Mamyć, ale kto tam wie, jak z nimi począć? — ozwał się jakiś głos wątpiący.

— Ja! — dało się słyszeć z ubocza.

I Jakub wysunął się z ukrycia.

— Ktoś ty?! — poczęto gniewnie pytać.

Lecz Zyndram pojrzawszy poznał w nim tego, co przed chwilą w obliczu samego monarchy śmiało zdawał sprawę o siłach malborskiego zamku, zwrócił więc wzrok badawczy ku niemu i zapytał: