— To znaki krwawe, by dalej nie chodzić — rzekł ktoś z szeregów Witolda.
A tenże, jakby przeczuwając, że owe znaki mogą przestraszyć zabobonnych, objeżdżał wszystkie szeregi, mówiąc:
— Albo łuna pożaru, przez Krzyżaków dla strachu wzniecona, albo znaki, że krwią zalejemy ich zamek.
A w obozie polskim Jędrzej Półkozic mówił:
— Czasu wojny nieraz już były takie ostrzegające przepowiednie.
Lecz jeszcze nie dokończył onych przepowiedni, gdy całe niebo okryło się wielką czerwoną łuną. Czasami na tej czerwieni ukazywały sią jakieś złotawofioletowe płomienie i zlewając się z czerwienią, obejmowały coraz większy krąg nieba.
— Krzyżacy nas się zlękli i zamek swój podpalili! — zawołał tenże Jędrzej Półkozic z taką pewnością, jakby wprost z Malborka otrzymał wieści.
Słowa jego poszły między szeregi jak wicher. I jak poprzednio zwątpieniem, tak teraz wielką radością wszystkich przejęły.
— Zlękli się naszych toporów!
— Dobra nasza!