— Zajrzymy im w oczy!
— Obaczymy, kto mocniejszy! — powtarzano butnie.
A łuna coraz większe obejmowała kręgi i zdawało się, że całe niebo krwią płynęło.
Witold nie cieszył się z tej łuny, mówiąc:
— Jeżeli mury wedle zamku podpalili, nie będziemy mieli co do roboty. Za łaską bożą dostałoby się nam ich gniazdo bez wielkiego rozlewu.
W miarę jednak jak się zbliżali, nie mogli wymiarkować, skąd ten pożar. Szedł ci on bowiem nie z góry, gdzie stał zamek, lecz jakoby z ubocza.
Dopiero gdy się zbliżyli, poznali całą przebiegłość i nie przewidziane plany krzyżackie.
To Plauen, usunąwszy mieszkańców, kazał miasto podpalić, by tym sposobem utrudnić pochód nieprzyjaciela. Że zaś wicher zerwał się od północy, żar idącym od południa zasypywał drogę, nie dając wolnego dostępu. I oto wojska Jagiełłowe, tak pełne przed chwilą otuchy, teraz musiały się wstrzymać. Konie się strachały, a ludzie dusili się od dymu. Trzeba było dobę całą przeczekać, a potem naddawać drogi, by od drugiej strony dostać się pod zamek.
Była to nie tylko mitręga, ale i trudność wielka, bo zamek właśnie od strony południowo-wschodniej najlepiej był obwarowany.
Stąd dopiero o zachodzie słońca, 25 lipca, wojska Jagiełłowe stanęły pod malborskim zamkiem, zostawiając piekielne maszyny po drugiej stronie Wisły, ale skierowane tak, że ich wielkie gardziele patrzyły na mury zamku.