Tutaj stał pilnie Jakub, dawny knecht krzyżacki, i z młodzieńczym zapałem, a doświadczeniem męża, dawał wskazówki co do obchodzenia się z onymi piekielnymi maszynami. Starsi i doświadczeni nie sromali się uczyć od niego, mówiąc:
— Jak Najwyższy zrządzi, i w niewoli u najsroższego wroga można się coś pożytecznego nauczyć.
A inni dodawali:
— Byle jeno udało się ten pożytek do swoich przynieść.
Jednocześnie też gdy mniejsze maszyny oblężnicze jak kusze poczęły bić w mury taranami, a z podprowadzonych oblężniczych wieżyc rzucano pociski, z drugiej strony, zza Wisły, niegdyś krzyżackie armaty plwały28 ogniem i wielkimi kulami ze swych potężnych gardzieli. Kule te, uderzając o grube mury, wprawdzie nie robiły wyłomów, ale rozpryskując się wydawały smrodliwy odór i rozrzucały grad maleńkich żelaznych siekańców, tak że ci, co byli na murach, porażeni nimi, spadali w głąb obszernych podwórców malborskiego zamku, utrudniając swymi ciałami przystęp następnym szeregom.
Od strony spalonego miasta po niejakim czasie również zdołano się przedrzeć. Tlejące jeszcze zgliszcza posłużyły oblegającym jako pociski.
Kazimierz, książę mazowiecki, spojrzawszy na rozwalone, ziejące dymem, nie dopalone szczątki, zawołał:
— Brać w kusze gorące jeszcze cegły, popiół i walić nimi na tych, co tam, na murach!
Rozkaz ten podobał się wielu. Zasypywano więc oblężonych ich własnymi zgliszczami.
— Tlejące kawały drew z tkwiącym w nich żelastwem rzucać na tych wilków! — rozkazał z kolei Marcin Wrocimowski.