Napełniono zaraz maszyny oblężnicze, a pociski te wielką szkodę czyniły Krzyżakom. Wielu z nich było oślepionych, inni, szpetnie poranieni, nie mogli stawać skutecznie do walki. Szeregi Plauena z każdym dniem się przerzedzały, z każdym też dniem ubywało żywności, lecz mury dokoła zamku były nienaruszone.

Księżyc już powtórnie spojrzał pełnym swoim obliczem i zawsze widział krzyżackie mury jednako ponure i jednako z wielkim spokojem patrzące.

Henryk von Plauen marszczył brwi, patrząc na ubywające zapasy, ale nie okazywał niepokoju, jaki nim miotał. Owszem, im mniejszą miał nadzieję wytrzymania oblężenia, tym więcej dodawał otuchy upadającej częstokroć załodze.

I w Jagiełłowych, i w Witoldowych szeregach wielki był ubytek w ludziach. Pociski Krzyżaków, rzucane z murów, setnie ich raziły. Pojawiać się też poczynały choroby powstające ze złego powietrza, z ciał nie pogrzebanych a gnijących po zaułkach. Wojsko zaś, nie przyzwyczajone do tego rodzaju walki, w wielu razach okazywało nieudolność w wykonywaniu rozkazów.

Niejednokrotnie dawało się słyszeć szemranie:

— Jensza29 w otwartym polu, siłą zmogę każdego! — mówił jakiś Mazur.

— On mnie łbem i mój nie z ciasta! — wołali z zaciętością Litwini.

— Choćby miał bary jak niedźwiedź, to mnie i z takim nie pierwszyzna się potykać! — chwalił się Półkozic.

— Ba, jensza z człekiem, choćby Krzyżakiem, a jensza ze ścianą. Nie odpowie, a stoi nietknięta — narzekano.

— Żeby choć wiedzieć, na jak długo mają żywności — mówił król do swych przybocznych.