— Byle nie te chłody nocne i nie choroby, można by ich długo jeszcze za murami potrzymać — ozwał się Witold. — Choć taka walka, to... — dodał i machnął ręką z lekceważeniem.

Postanowiono wszakże od murów nie odstępować.

— Nie orężem, to głodem ich zmusimy — mówił kasztelan krakowski.

— Ten i razu miecza nie podniósł, a nam każe czekać, aż krzyżackie kiszki poczną lament — mruknął Witold.

A w obozie krzyżackim psuło się jakoś.

Psuło się, lecz o tym nie miał kto oblegającym donieść.

Mury były tak strzeżone, że nikt się nie mógł w głąb przedostać ani też spoza nich wymknąć.

Wprawdzie wodzowie krzyżaccy, jak Anton Ludwigsburg, Henryk Leuchter, Michel z Gołuba i wielu innych, podczas przerw wojennych wychodzili za mury, witali się z wodzami naszymi i, według ówczesnego zwyczaju, częstowali się wzajem, pijąc z jednego pucharu, nikt jednak z nimi przecisnąć się nie zdołał, a w rozmowie tak jedni, jak drudzy, starannie unikali każdego słówka, co by mogło zdradzić tajemnice sił oblężonych lub oblegających.

Aż jednego dnia przy takiej rozmowie Anton Ludwigsburg, pijąc do Zyndrama z Maszkowic, wykrztusił swym nosowym głosem:

— My sobie poza bitwą jesteśmy równe człeki i w razie przyjacielstwo możemy zawrzeć, ale ciekawość, jakby też gadali taki na przykład Henryk von Plauen, który miejsce poległego wielkiego mistrza zajął, z takim wielkim wodzem, jak książę Witold albo i sam król Władysław Jagiełło.