— Dopomogą, jeśli wy, Hochswahldzie, ręka w rękę ze mną idąc, rzecz całą przeprowadzicie rozumnie. Wielki mistrz, chcąc mieć Wielkiego mistrza miano, udaje że słucha, gdy mu mówią o sprawach Zakonu, a zwłaszcza o nabyciu ziem od lechickiej strony, ba, jako też i o rokowaniach z Ziemowitem, boć wie, że na tej drodze zyski dla Zakonu pewne, pewniejsze niżeli w otwartej walce. Lecz gdy mu kto wspomni o ugodzie z Gedyminem, wytrząsa się i burzy, jako napój długo w zamkniętej beczce stojący. Zdaje mu się, że gdy ten szum a burzyny na litewskie pola wypuści, zaleje oczy całemu ludowi. Tymczasem lud ten coraz staje się sroższym, posuwa granice ku Rusi i pod Nowogród, używając wszelkich sposobów, by stać się podobnym ucywilizowanym ludom. Bodaj nawet potajemnie i do papieża Gedymin sięga i obietnice przyjęcia wiary Chrystusowej czyni, byleby tylko naszego apostolstwa nie potrzebował. Co gorsza nawet, stawiając zamki, staje się nam groźnym, napady nasze nie są mu już straszne jak wtedy, gdy w chatach chruścianych siedział... Niewiele potrzeba, by z bronią do naszej podobną, wpadł na nasze ziemie i na naszych karkach, w krzyżackich dzielnicach sprobował ich mocy. Lecz ten opas nie wierzy temu, dla niego Litwa jest zawsze tym samym dzikim, co dawniej, krajem i w żadne z nią rokowania wejść nie chce...

— Lecz wy tego chcecie, chce tego Zakon cały, wszyscy komturowie — przerwał ogniście Hochswald — cóż więc oglądać się mamy na tę bryłę mięsiwa.

— A jednak dla utrzymania porządku w Zakonie, bryła ta jak wiecie potrzebna — podjął Dietrich. — Ten sam Wartburg lub Papenheim, dziś mówiący ze mną tak otwarcie, kto wie, czy nie kryją dumnych zamiarów, aby po zejściu Zygfryda ująć mistrzowskie berło, trzeba więc każdego z osobna utrzymywać w tej wierze, że im tylko godność się ta należy. Dla tego nawet wzywam ich do potajemnego na Litwę poselstwa...

— Upewnię ich więc, szepcząc każdemu na ucho, że zawarcie z Litwą przyjaznych stosunków, będzie dla każdego szczeblem do godności Wielkiego mistrza; nie obawiajcie się, Dietrichu von Altenburg, Hochswald umie szanować wasze zaufanie i tak jak wy pragnie wielkości zakonu.

— Przy którym marszałkostwo główne wam, dla dobra tegoż Zakonu musi być powierzone — rzekł Dietrich, kładąc rękę na ramieniu przyjaciela.

— Dla dobra Zakonu, na sławy krzyżackiego imienia, które pragnąłbym, jako i wy, podnieść do najwyższej potęgi — odrzekł Hochswald i uścisnąwszy podaną sobie dłoń przyszłego mistrza, poszedł spocząć, a Dietrich rozweselony, podążył do Wielkiego mistrza z oznajmieniem przybywających gości.

Zygfryd leżał, jak zwykle, w swej komnacie, na szerokiej ławie, okrytej miękką oponą i niedźwiedzią skórą, zdobyczą zapewne z Litewskiej wyprawy. Ogień z marmurowego komina rzucał jaskrawe światło, oświecając rozrosłe, lecz bezwładne jego ciało i twarz bezmyślną, ułożoną do zupełnego spokoju. Na odgłos otwierających się drzwi i znanych mu dobrze kroków, Zygfryd poruszył ustami z pewnem skrzywieniem, jak gdyby czuł przedsmak gorzkiego lekarstwa, potem przymknął oczy, westchnął głęboko, lecz mimo to dał znak ręką wchodzącemu, ażeby się przybliżył.

— Zawsze ta niemoc w nogach, obezwładnia mnie ona zupełnie... — począł leżący, tłómacząc się niejako ze swego spoczynku.

Dietrich nie słuchał nawet jego wyrazów, lecz stanąwszy obok Zygfryda, rzekł:

— Przybywają nam goście, z którymi trzeba się rachować, tak w przyjęciu, jak w słowach.