Zygfryd jeszcze więcej przymknął powieki, jak gdyby chciał się uchronić od widoku przybywających.

— Legat jego świątobliwości Jana XXII w towarzystwie Gerwarda, biskupa Kujawskiego, Janisława, arcybiskupa gnieźnieńskiego i Domarata, opata mogielnickiego, tych dwu krzykaczy w sprawie Ladislausa o Pomorze — ciągnął dalej Dietrich.

— Jego świątobliwości Jana XXII — powtórzył leniwie Zygfryd. — Wszak już ojciec święty przysyłał legata w sprawie biskupa ryskiego i sprawa ta zakończona — dodał po chwili, z widocznym wysiłkiem.

— Z biskupem już zakończona — rzekł Dietrich, hamując niecierpliwość — lecz rozpoczyna się sprawa Ladislausa o ziemie Dobrzyńską i Michałowską, o które proces nam wytoczył król polski, a ze skargą śle wciąż do papieża. Gerward prócz tego, rości sobie pretensyje do części Kujaw, przez nas zajętych... Bóg wie, co przynoszą ci posłowie.

— Więc radź, marszałku — rzekł Zygfryd — wszak widzisz żem niemocen...

— Radzić mogę, lecz na ostateczną ugodę trzeba zezwolenia Wielkiego mistrza, musicie więc stanąć osobą swoją wśród przybyłych, lub...

— Lub? — przerwał z ożywieniem Zygfryd.

— Lub przy zwołanych pospiesznie komturach dać rozkaz, aby moja wola była wypełnioną jako wasza — rzeki powoli Dietrich.

— Nigdy! — krzyknął Zygfryd, zrywając się. To pognębi moją powagę, postawi waszą władzę obok mojej, a tylko ja, ja tutaj Mistrzem! Ja, Zygfryd von Feuchtwangen! nikt mojej władzy nie zagarnie, rozumiecie, nie zagarnie! — zerwawszy się, wołał, i pienił się i czerwienił coraz więcej Zygfryd.

— Nikt nie śmiałby podnosić na tę władzę ręki — odparł Dietrich spokojnie — jak też i nikt z radą nie wystąpi. Niech ojciec święty przysyła klątwy, a Zakon niech za zdobyte krwią swoją ziemie płaci grzywnami, rozsiewając hańbę swojego imienia, my z pokorą tylko schylimy głowę, szanując w tem wolę Wielkiego mistrza — dodał Dietrich, a schylając głowę z udaną pokorą, cofał się ku drzwiom.