— Co to, groźba! rozprzężenie w Zakonie! — krzyczał Zygfryd zrywając się z ławy i stając na całą wielkość olbrzymiej swojej postaci.

— Nie, to uległość — rzekł szyderczo Dietrich.

— Ja zdepczę was wszystkich, tu, pod moją stopą — rzekł Zygfryd, uderzając potężną nogą o podłogę. — Tu, pod moją stopą zegnie głowę Ladislaus, zetrę potęgę Gedymina i Zakon uczynię potężnym! — wołał, podnosząc pięść do góry.

Lecz nagle zachwiał się i runął na ziemię.

A marszałek spojrzawszy z pogardą na leżącego, rzucił, odchodząc:

— Gdyby nie Dietrich von Altenburg, tak runęłaby potęga krzyżacka!

I uderzywszy młotem żelaznym o wiszącą blachę przy drzwiach komnaty, wyszedł z miną zwycięzcy, a na odgłos młota zbiegła się służba, czuwająca snać w pobliżu nad Zygfrydem, który po każdym wybuchu gniewu wpadał w omdlenie.

I znowu powtórzyła się znana nam już scena przywołania ojca Germana z trzeźwiącemi lekami.

Gdy potężny Zygfryd przychodził do siebie, stawał się zwykle łagodnym jak baranek, a raczej obojętnym, spoglądającym na wszystko z bezmiernym spokojem, byleby mu tylko nikt tego pokoju nie naruszał.

To też gdy we dwa dni potem Malborski zamek roił się przyjezdnymi, Dietrich von Altenburg w otoczeniu najprzedniejszych komturów przyjmował dostojnych gości i w imieniu Zygfryda, zawierał z nimi układy. Gdy zaś po skończonych ucztach i rycerskich ćwiczeniach, które na zamku dla przybyłych wyprawiono, goście ci opuszczali krzyżackie zamczysko, Barthelemo niósł papieżowi dary, na znak uległości Zakonu, a posłowie Władysława Łokietka obietnicę zwrócenia ziem żądanych, zapewnienie przyjaźni i prośbę, aby nowo koronowany król wszedł w ugodę z krzyżackim Zakonem dla podniesienia wyprawy krzyżowej przeciw pogańskiej Litwie. Jednocześnie zaś Hochswald z Zygfrydem z Papenheimu i Karolem z Wartburga, dążyli szlakiem ku północno-wschodniej stronie, niosąc sojusz zakonu przeciw zjednoczonym ziemiom pod potężnem ramieniem ukoronowanego małego Ladislausa.