— Oj, było ich, było, a tako jak i nam wymyślali im, nazywając wilkami, a plemię ich jak i nasze mieli w poniewierce, i oni tęsknili za swoimi i nieraz mówiliśmy sobie, że gdybyśmy wspólnie się wzięli a ogień podłożyli, toby i Wilcze Gniazdo i cały potężny zamek w gruzy się zapadł. Lecz to były tylko dziecięce igraszki, boć zamek ich silny, cały kamienny! — dodał młodzieniec z westchnieniem.
— Lecz ramię Gedymina i lackiego króla nie są dziecięcą igraszką — mruknął wielki książę jakby do siebie, a twarz jego, chmurna przed chwilą, rozpogodziła się uśmiechem, jakby jakaś myśl nagle przemknęła przez jego głowę.
— Tak, tak — mówił Gedymin do siebie, wpatrując się w twarz młodzieńca — często przez usta niedoświadczonych chłopiąt bogowie zsyłają nam radę!
Wtem z za ciężkiej, wzorzystej, snać na wrogach zdobytej opony, ukazała się jasna główka dziewczęcia, zielonym strojna wieńcem i zabrzmiał głos:
— Tew’s12.
Gedymin na głos ten uśmiechnął się i zwrócił rozpogodzone oblicze. A z za opony weszło dziewczę w białej lnianej odzieży, pasem czerwono barwionym opasane. Tuż za nią szła druga, również młoda, o ciemniejszych włosach, również w lnianej odzieży, lecz bez wieńca na głowie, a zamiast czerwonego pasa, obejmowała ją w pasie wicina spleciona. W rękach niosła dzban duży i kubek, gdy tymczasem pierwsza trzymała ręcznik lniany, wzorzysto-wyszyty przy brzegu. Dalej, zaraz za niemi szły jeszcze dwie inne, niosąc dymiącą się misę jadła i kubek z wodą zdrojową.
— Tew’s! — mówiła pierwsza — tak dawno już słońce wstało, czas tobie się posilić.
Gedymin dłoń położył na główce córki i z lubością wpatrzył się w to młode, świeże oblicze.
— Dobrze, Aldono, córo moja, daj posiłek, boć nam trzeba się pokrzepić... a gniew zalać.
— Do zalania gniewu jest tutaj doskonały napój, którego mnie Bogna przyrządzać nauczyła. To napój, który piją w jej kraju: a snać miłym być musi naszym bogom, bo gdym część na ogień wylała, błysnął niebieskim płomykiem, a potem jakby złotem na wszystkie strony objął polano!