— Za te bogactwa dozwól mi ojcze zabrać jeńców polskich, co są u ciebie w niewoli. Gdy córa Gedymina ma być lackiego królewicza małżonką, lud jego nie może zostawać u Wielkiego knezia litewskiego w niewoli.
I nieśmiało podniosła wzrok na ojca.
Chmurna twarz Gedymina jakoś się rozjaśniła, gdy nagle w przedsionku dały się słyszeć zmieszane głosy.
Niedźwiedzie podniosły łby, jakby chciały okazać gotowość do zgromienia śmiałków, a ujrzawszy wzrok Gedymina zawisły na zamkniętych podwojach, wzięły to za rozkaz i rozwarły je, stając po obu stronach, według zwyczaju, na tylnych łapach.
We drzwiach nkazał się Chroniwos, a za nim Bernard.
Chroniwos miał chmurne jakąś wewnętrzną walką oblicze. Bernard, jak zwykle ze swemi zamkniętemi oczami, postępował z pewną stanowczą rezygnacyą.
— Miłościwy nam Kunigasie a Wielki kneziu Litwy, rzekł Chroniwos, pożar podłożono pod węgła Waszego zamczyska.
— Zalać go! rzucił gniewnie kneź, zły że mu przerywają rozkoszne chwile.
— Już ugaszony — szepnął Bernard. Gedymin, jak gdyby nie słyszał odpowiedzi — zapytał:
— Wrogi? i obejrzał się na miecz wiszący nad jego łożem.