Za odchodzącą Gedymin spojrzał z uśmiechem.

— Prawdziwie to kneziowska córa, dumna jako i ja — lecz ten lach co podpalił? i znowu się zamyślił:

— To bajka — dodał po chwili.

No — niechaj wyzdrowieje — mówił znów do siebie — dowiemy się prawdy! — ukarzę — gdy winien...

— Ale Aldona, jak wiedziała, co rzec do ludu! a śmiało, jakby już królowa! A te jeńce? to zaprawdę myśl książęca.

I znów, myśli markotliwe snać głowę jego zajęły; jakaś nieufność wybiła się na jego twarzy. Wyszedł przed zamek, nie spojrzał jednak na pogorzelisko, długą tylko z Chroniwosem wiódł rozmowę, po której i Chroniwos i książę chmurne i zamyślone mieli oblicza.

Gedymin, jakby umyślnie, nie kierował prawie nigdy kroków w stronę, owego pogorzeliska, z którego też oprócz osmolonej ściany i spalonego przygotowanego drzewa straty też żadnej nie było. I jakoś powoli i lud uciszony objatą i ucztą z wołu i sam kneź o Jaśku i o pożarze zapomniał. Ino Chroniwos wiecznie chmurny i z podełba spoglądający groźnie wymawiał synowi, że do obcych ciągnie, a tego wydartego Perkunowi kocha jako brata.

— Bratem ci on mi był tam w Wilczem Gnieździe, a i tu zawsze stawał za swojaka — odpowiadał młodzieniec i szedł do Jaśka.

A co raz więcej trapił sobie tem głowę, że kiedy patrzył na Bognę, to mu twarz Jaśka stawała w pamięci, a kiedy był z Jaśkiem, to mu się zdało, że na Bognę pogląda.

Jaśko tymczasem doglądany i leczony przez Bernarda przychodził powoli do siebie, rany mu się po zgorzelisku pogoiły, ale blady był jak te resztki śniegu, co się w głębinach lasu w cieniu długo na wiosnę chowają. Mało też mówił i nieraz trudno było z niego słowa wydobyć. Na zapytania Siewrosa i Bernarda, jakimby sposobem znalazł się w fosie, w nocy, sam jeden podczas pożaru, potrząsał tylko głową i nic nie odpowiadał. Aż razu jednego, gdy jakoś późną już jesienią w dzień łagodny przed chatą siedział Jaśko na przyzbie społem z towarzyszami, nagle krzyknął, zerwał się, chcąc biedz przed siebie, lecz siły go opuściły upadł bezwładny. Jedną ręką oczy sobie zasłonił, drugą wyciągnął przed siebie. Bernard myślał, że jaki ból w ranach wstrząsnął tak biedakiem, lecz Siewros spojrzał w stronę wyciągniętej dłoni przyjaciela.