I on także krzyknął na wskazany widok.

Z góry schodził Tubingas z łuczywem wyciągniętej dłoni, a idąc spiesznie jako wichry chodzą, ku zamkowi Gedyminowemu podążał...

Nim Siewros zdołał przyjść do siebie starzec dobiegł ścian zamkowych, brzemię drzewa przyniesione rzucił tuż przy kamiennym murze, podłożył pod nie zapalone łuczywo, a gdy zeschłe gałęzie żywo objął ogień, Tubingas sam się na ten stos rzucił, miotając do góry wzniesionemi dłońmi, wymawiając klątwy wyrazy.

Siewros biegł do bram zamkowych, i lud zwoływał. Wyszedł nawet wywabiony krzykiem sam Gedymin, lecz gdy ujrzano gorejącego na stosie Tubingasa, nikt nie śmiał ognia zalewać. Każdy stał obezwładniony w pobożnem zdziwieniu i trwodze.

Ogień podłożony tuż pod zamczyskiem, byłby jego całości zagroził, gdyby Tubingas był jak poprzednio trafił pod drewnianą ścianę, lecz kamienie rumieniły się tylko i odbijały krwawą łuną, nie pękając pod naciskiem płomienia.

Gedymin, patrząc na dogasające szczątki kapłana, nagle jakby sobie coś przypomniawszy uderzył się w czoło i zapytał. A ten, co go jesienią w fosie podczas pożaru znaleziono?

— Jaśko, mój towarzysz z Wilczego Gniazda, odrzekł Siewros stojący wówczas przy księciu, on to pierwszy i dziś dziada Tubingasa zobaczył, chciał biedz, lecz nie mógł, bo jeszcze schorzały, ino ręką mi wskazał.

— Z Wilczego Gniazda! powtórzył kilkakrotnie Gedymin.

I znowu się zamyślił, lecz snać myśli to nie były przykre, bo surowe oblicze knezia wcale się niemi nie zasępiło.

Lud tymczasem gromadził się około stosu, bo wieść się rozeszła, że Tubingas pod ścianą zamkową na ofiarę siebie bogom złożył...