Szeptano o tem różnie, nikt nie śmiał głośno wybuchnąć, bo potęga Gedymina zapanowała nad ludem.
I Gedymina obejmowała jakaś zabobonna trwoga, nie poddawał się jej jednak, a gdy pod wieczór ciało już zupełnie na węgiel się spaliło, a wiatr wieczorny chłodził spalone szczątki, co w popiół je rozsypywał, kazał wtedy przynieść wielką popielnicę glinianą i sam z należytą czcią zgarnął gorące popioły.
W towarzystwie ludu wśród należytych pogrzebowych śpiewów, modłów i zwykłych obrządków złożył te popioły w świątyni Perkuna.
Kilka dni trwały żale i płacze, lecz jesień już miała się na schyłku, wszystkiemu trzeba było kres położyć, aby się na zimowe życie zabezpieczyć. Zaraz też po skończonych obrzędach Gedymin kazał przywołać do siebie Jaśka. Przyszedł, chwiejąc się, prowadzony przez Bernarda. Kneż spojrzał łaskawie na blade chłopię.
— Zostaniesz nie tylko na moim dworze, lecz przy mnie, będziesz mi wiernym, a będziesz moim przybocznym.
Jaśko padł do nóg Gedyminowych. Gdy powstał, kneź wpatrzył się w niego.
— Ten sam, co mi miecz krzyżacki podawał! A Lach — rzekł nawpół do siebie.
— A miecz teraz udźwigniesz? zwrócił się d Jaśka.
— W potrzebie siły się znajdą.
Gedymin się uśmiechnął, a Jaśko odtąd został przy boku książęcym.