— I zryłeś się na frasunek jak bela.

— Nie, to tyś się zrył wtedy jak bela, ja piłem i piłem jak smok i pomimo najlepszej chęci mojej ani rusz upić się było, alem się za to rzucił w taniec z takim ferworem, żem hulał jak wściekły ze wszystkimi pannami, tylko z Zuzią ani jednego kroku. Com myślał wtedy, nie umiem na pewno powiedzieć; może gdyby była Zuzia na mnie mrugnęła i przeprosiła się ze mną, może bym jej był jeszcze do nóg upadł za to; ale, wyobraź sobie, wytrzymała tę całą manifestację ode mnie z tymże samym uśmiechem, z jakimem ją zastał na sali. Ba! Przetrzymała mnie nawet, bo przecie ja już dalej nie mogłem ani pić, ani tańcować i tak się zatrułem i osłabłem, żem ledwie mógł siedzieć na ławie, a ona tańcowała bez ustanku aż do tego momentu, w którym Stojowski począł swoje kazanie.

Spoczął trochę Konopka, a ja mu na to:

— Panie bracie — rzekłem — jakoś w tej historii jedno z drugim mi nie kwadruje. List, który mi wczoraj pokazywałeś, jawnie tego dowodzi, że lubo panna Zuzanna przed nami obydwoma otrzymała partię Niemców, jednak nie ma ona ani niemieckiego ducha, ani niemieckiej wiedzy i że nie tylko druku nie wymyśli, ale nawet ani się pisać już nigdy nie nauczy, a tu mi znowu takie subtelne sztuki o niej powiadasz.

— A cóż to ma pisanie za styczność z rozumem albo ze subtelnością myśli? — odpowiedział Konopka. — Widać, że nie znasz kobiet, kochany Marcinie! Mają one więcej rozumu i przyrodzonego dowcipu bez pisania niżeli my z naszym pismem i czytaniem. Ale zresztą, co o tym rozprawiać! Opowiadam ci fakta, które żadnemu nie ulegają wątpieniu.

— Mówże więc dalej.

— Otóż tak trwało do samej północy. Lubo zwyciężony przez Zuzię, jednak rad byłem sobie, bo widziałem jawnie, jakby na dłoni, że czy tak, czy owak, zawsze to żoną nie dla mnie. Nie byłoż głupiemu wyjść ze sali i położyć się spać w kąciku, a dzisiaj równo ze dniem wyjechać?

— No, albo cóż się stało?

— No, cóż się stało? Poszedłem potem za wami do izby jadalnej i usiadłszy samotnie na rogu, patrzałem jeszcze zamyślony na tę, która mnie tak obałamuciła, którą tak srodze kochałem, dla której tyle trudów poświęciłem, tyle kosztów poniosłem, dla której byłbym w razie może i gardło dał moje, a która mnie tak okropnie zdradziła, moje ofiary podeptała, żebym też choć wiedział, dlaczego! Wtem, kiedy inni zajęci byli jedzeniem, przystępuje do mnie pani stolnikowa i rzecze: „Panie Janie! Co waszmość wyrabiasz?” — Zerwałem się z ławy i doprawdy nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Aż patrzę, a tu Zuzia tylko o krok jeden ode mnie, z twarzą jak zawsze obojętną, ale wypogodzoną i uśmiechającą. Jeszczem się raz dał zwyciężyć i głowę opuściwszy na dół, czekałem cierpliwie cięcia, które na moje utrapienie jeszcze miało we mnie uderzyć. I tak się stało w istocie, bo w tymże momencie odezwała się Zuzia: „Pan Konopka dzisiaj nie w swoim sosie”. — Powiedzże sam, czy nie lepiej by mi było wtedy być na torturze?...

— Gorzej, panie bracie — odpowiedziałem.