— Poczekaj, będziesz i ty miał niemałe opały ze Zosią! Lgocki już prawie zwariował, obaczymy, jaki Kato z ciebie... ale prawda! Nie mamy nic mówić o tym. Więc cię tylko proszę, gdybyś się mógł co od Zuzi dowiedzieć, dowiedz się i udziel mi.
— Ale z całego serca.
Konopka jeszcze długo chodził po izbie i sapiąc mocno, na różne sposoby dubitował252 nad swoim położeniem i wszystko, co myślał, głośno wypowiadał; ja mu podsuwałem moją nieodmienną radę pod różnymi postaciami i byłbym go może do jakiego ostatecznego rezultatu doprowadził, gdyby nie to, że śród tych oratorskich tergiwersacyj253 naszych wszedł Stojowski do naszej izby, wołając zaraz z progu:
— Ave Maria, Mater Dei! Waszmość jeszcze w łóżku, a tu już dziewiąta godzina i wszyscy wyjeżdżają do kościoła.
— Nie może być! — zawołałem, zrywając się na równe nogi. — A! To by pięknie było, żebym nabożeństwo opuścił!
— Nabożeństwo nie jest tak bardzo pilne — odpowiedział Stojowski — ale jest tu inna historia, zwłoki niecierpiąca, do której waszmość zapraszamy.
— Cóż to? — rzekłem. — Pewnie sprawa jaka.
— Pewno, że nie consilium254. Już mnie ta przyjaźń Łętowskiego drogo kosztuje!
— Cóż to, panie bracie? — zapytał Konopka.
— Lubieniecki, jako to zawsze niecierpliwy a względem wszystkich podejrzliwy, wyjechał przeciw Łętowskiemu z takimi zarzutami, że choćby tylko dlatego, że jest w naszej kompanii, nie wypadało mi im dać upaść na ziemię. — Na to Konopka: