— Co bym się tam brał do obrony cudzego honoru! Niechaj każdy sam się broni, od tego ma głowę i ręce.

— Ale, proszęż ciebie — zawoła Stojowski — już zostaw to mnie, do czego ja się mam brać, a do czego nie. Nie wiesz, o co idzie, i gadasz! Osądźże ty, Nieczuja; rzecz była taka. — Ja też na to:

— A co mnie tam do tego, jaka rzecz była! Chcesz się bić z Lubienieckim, to za świadka i za pomocnika albo zastępcę służę; chcesz się godzić i sądzić, to poszlij255 do trybunału po palestrantów i sędziów, bo to nie moja rzecz.

— Dobrze masz, zbierajże się i chodź.

Ubrałem się tedy w okamgnieniu i szablę wziąwszy, poszedłem.

Po długich tergiwersacjach, w których tchórzem podszyty Łętowski, niby to przez wdzięczność dla Stojowskiego, tak wiele gadał, że o mało ja z nim do burdy nie przyszedłem, Stojowski z Lubienieckim wybili się, trochę się podrapawszy, co nie miało żadnego znaczenia i tylko mi kawał drogiego czasu ukradło, bo kiedym zaraz potem wsiadł na sanie i do kościoła pojechał, to jeszczem tylko zarwał tyle nabożeństwa, że mi ksiądz głowę popiołem posypał.

Po nabożeństwie powróciliśmy wszyscy do dworu, gdzie nas w izbie jadalnej postne oczekiwało śniadanie. Mało już gości było we środę w Źwierniku; jedni jeszcze wczoraj, drudzy dziś rano poodjeżdżali, inni już od kościoła poskręcali do domów. Przy śniadaniu dość smutno było i wcale niemówno; dziadek spał jeszcze, Zuzia się dąsała i smutno poglądała przed siebie, Konopka milczał i z oczyma wlepionymi w talerz tak właśnie wyglądał, jakby dziś po raz pierwszy był między ludźmi. Łętowski tylko, kontent, że kto inny wybił się za niego, jadł wiele i rezonował, jak wszyscy tchórze po skończonej batalii, ale nikt go nie słuchał. Ja się przysiadłem do Zosi, która mnie miłym powitała uśmiechem, i już tak jej asystowałem wyraźnie, jakbyśmy jutro mieli iść do ślubu. Lgockiego to widocznie gniewało, ale że już był przestraszony przeze mnie, więc ani razu mi w oczy nie spojrzał, tylko co chwila do swojego sąsiada coś szeptał, a nawet i temu dawał pokój, ile razy na niego spojrzałem. Wziąłem to sobie ad notam256 i postanowiłem w razie potrzeby korzystać z tego tchórzostwa jego.

Po śniadaniu jeszcze cokolwiek gości odjechało, została tylko panienka jakaś, rówieśniczka Zosi z sąsiedztwa, Stojowski, Konopka, Lgocki i ja. Podczas kiedyśmy przechodzili do sali, uważałem to, że pani stolnikowa wzięła Konopkę ze sobą i wyniosła się z nim do dalszych pokojów na jakąś konferencję, w jadalnej zaś izbie Zuzia się sama została. Korzystając tedy z tego momentu dla wywiązania się z obietnicy danej Konopce, przystąpiłem do niej i rzeknę:

— Waszmość panna tu sama tylko ze śledziami i butelkami?

— Sama.