— Cóż mi panna Zuzanna od dni kilku posmutniała widocznie i cóż to temu za przyczyna? Kto jest ten niegodziwy, kto zuchwalec taki, który się stał tego powodem?

— I cóż mu pan zrobisz?

— Powiedz no mi, pani, który to jest, zaraz my go tu ukarzemy przykładnie.

— Ej!... Nikt... Ot! Tak; zła jestem i koniec.

— I koniec? — rzekłem. — Dajże mi pani rękę na to, że na tym już będzie koniec.

— O! Jak to pan skarbnikowicz zaraz chwyta za słowo!

— Chwytam, ale to wszystko dla dobra pani, bo źle pani robisz, że się gniewasz i dąsasz, i poniewierając uczciwego człowieka, Pan Bóg wie za co, ściągasz przez to żarty i uszczypliwe przycinki nie tylko na niego, ale nawet i na siebie.

— A któż to może wiedzieć, co pomiędzy nami zachodzi?

— Nikt, tylko wójt i cała gromada.

— Ej! Bo pan Konopka sam temu winien.