— Tedy muszę jeszcze to pani powiedzieć, że żaden z takich elegantów nie stara się o względy na wieczne czasy, i gdyby wiedział, że takich dostąpi, toby uciekł przed nimi na kraniec świata; chodzi im tylko o względy chwilowe, o dorywcze zbałamucenie, o tryumf miłości własnej, a może i o krotochwilę jaką, której plan ma każdy z nich naprzód już w głowie, bo to są oszuści, bałamuty, awanturniki!

— Choćby i tacy byli, to jeszcze lepsi są od was, bo grzeczniejsi.

— A! Upadam do nóg waćpanny dobrodziejki!

Nie zrozumiała panna Zuzanna tego wykrzykniku mojego i odpowiedziała mi na to:

— Jednak ja się znowu tak bardzo nie gniewam na pana Konopkę, żebym się z nim nie miała pogodzić, ale tak ciężkie obrazy nie tak łatwo się zapominają.

Wtem weszła pani stolnikowa z Konopką, mówiąc w mojej przytomności do Zuzi:

— Widzisz, na co to tego wszystkiego było! I jedno nic niewinno, i drugie niewiele, i zrobić wam z tego taką awanturę, że ażeście oczy obcych na siebie ściągnęli.

— Ja też tu właśnie pannie Zuzannie mówię lekkie kazanie na tę materię.

— Bardzo waszmości dziękuję — odpowiedziała pani stolnikowa. — Już to pan skarbnikowicz doskonale forytuje wszystkie sprawy, które pod swoją weźmie opiekę.

— Dajże Boże i swoją tak poforytować — odpowiedziałem i pocałowawszy panią stolnikową w rękę za tak dobrą o mnie opinię, chciałem tuż za nią odchodzić, ale Konopka mnie z boku nieznacznie za połę pociągnął, więc zostałem. On też rzekł zaraz: