— No, nie płaczże pan — odpowiedziała Zuzia — wyznaczę już i dzień ślubu, wyznaczę, tylko się z mamą poradzę.

Dziwno mnie się to jakoś wydało, że pani stolnikowa, taka mądra i poważna matrona, nieletniej Zuzi tak wszystko pozostawia do woli; bo lubo to już onego czasu niektórzy przynajmniej rodzice wiele folgowali w staroświeckiej autokracji nad dziećmi, jednakże posagi, wyprawy, wyznaczania terminów ślubu i inne takie rzeczy to na wieki wieków powinno zostać pod dyspozycją rodziców; ale nie było czasu w tej chwili zastanawiać się nad tym, bo już i rozmowa się nasza skończyła, i wszystko troje weszliśmy na powrót do sali. Tam zastałem Zosię siedzącą na kanapie w kąciku, a Lgockiego tuż przy niej. Przystąpiłem tedy bliżej i spojrzałem na niego ostro, przygryzając wargi i ruszając wąsami. Bał się mnie widać jak cienia swego, bo zaraz oczy spuścił na ziemię, wstał i przeszedł się do drugiego kąta. Ja też zaraz miejsce jego zabrałem, a że się tak wydarzyło, że właśnie Stojowski w tym momencie jakieś facecje opowiadał paniom opodal od nas siedzącym i z wielką uwagą go słuchającym, więc my tu mogliśmy sobie swobodnie rozmawiać.

Jakoż zaraz rzekłem do Zosi:

— Jak się spało pannie Zofii tej nocy?

— Nie bardzo dobrze, bo mi się jakieś straszne mary pokazywały we śnie.

— A pamiętasz pani co z tego?

— Bardzo mało, tylko to wiem, żem przez sen bardzo płakała i żem potem umarła.

— Umarła? Jakżeż to było? Przecie musisz pani jeszcze coś więcej z tego pamiętać.

— Ej! Co tam! Sen mara, Pan Bóg wiara; albo to jedno się śni człowiekowi w nocy, a czasem i na jawie różne dziwy się marzą — czy to zaraz wierzyć temu albo lękać się tego?

— Pani snom całkiem nie wierzy?