— Może to jest zabobon, ale przecie troszeczkę im wierzę, bom już sama tego doświadczała, że co mi się pokazało we śnie, to się potem stało na jawie. Ale to były same drobne rzeczy.
— Jeżeli takie, jak owa śmierć białej róży, to pewna, że drobne, ale i takie, kiedy się sprawdzają, to dziękuj pani Panu Bogu, bo widać, że posiadasz łaskę Jego.
— Tamto nie był sen sprawiedliwy — odpowiedziała z uśmiechem Zosia — a przynajmniej niecałkowity, bo mnie o więdnieniu tych kwiatów najprzód dopowiedział ogrodnik; ale mnie się często śni co takiego, o czym mnie nikt nic naprzód nie gada.
— A tejże nocy cóż pani się śniło?
— Straszne rzeczy! I niech Bóg broni, żeby się kiedy sprawdziły; ale to nawet nie może być.
— Cóż to było takiego?
— Śniło mi się najpierwej, że wojsko jakieś czy konfederacja na dom nasz napadła i wszystko potłukli, pobili, porujnowali i mamę moją porwali, a ja się nóg mamy czepiłam i wlokłam się za nią, ale mnie odtrącili, a mamę wzięli, do jakiegoś wozu wrzucili i het gdzieś powieźli! To było bardzo straszno! Potem znowu śniło mnie się, żem była w tym domu w dziadkowej wsi, o którym dziadunio zawsze opowiada, i dziadunio tam był, i siedział w ganku na krześle i drzemał; ale nam bardzo smutno było, bo ani mamy, ani Zuzi, ani nikogo znajomego nie było. Potem przyszedł do nas anioł jakiś z białymi skrzydłami i przyniósł mnie bukiet z kwiatów pięknych i darował mi go. A potem mnie wziął ze sobą i zaprowadził mnie pod stary zamek jakiś i tamtędy póty mnie wodził i wodził, aż póki mi się głos mamy z tego zamku nie odezwał. Dalej co było, już nie pamiętam, tylko to sobie jeszcze przypominam, jakem leżała umarła na katafalku i świece się koło mnie świeciły, i kwiatów dużo było przy mnie, a ten anioł siedział na schodzie od katafalka i płakał. To bardzo smutno było.
— To prawda, że to bardzo smutno być musiało, ale co też się pani za dziwactwa poplotły.
— Zwyczajnie, jak we śnie. — Ja też na to:
— Sny pani dobrze pamiętasz, ale to, co na jawie się dzieje...