— Niechże mi pan choć powie, kiedy to będzie.

— Powiem pani, i owszem — i potem rozmawialiśmy sobie w ten sens, pomimo całej pewności, jednak z bijącym sercem oboje, z jakimś rozdrażnieniem, z oczekiwaniem, z ustawicznym oglądaniem się, kędy się pani stolnikowa, kędy Zuzia obraca. I nie podarzyła się dobra sposobność aż do obiadu...

Po obiedzie dopiero, kiedy pani stolnikowa usiadła w przyległym pokoju do jakiejś roboty, Zuzia się zaś aż do garderoby do fabrykacji jakichś pomad i perfum wyniosła, podała mi Zosia rękę na szczęście, ja też poszedłem do matki i z bijącym sercem zacząłem z daleka taką rozmowę:

— Nim odjadę, wypadałoby, abym jejmość pani podziękował za tyle uprzejmości, których doświadczyłem w jej domu.

— Jakże? To już pan Marcin odjeżdża?

— Nie w tej chwili jeszcze, ale niebawem trzeba będzie się zabrać i po zabawach powrócić znowu do pracy swojej, którą tam może dobrze słudzy moi roznoszą.

— Ot, siedź pan, kiedy ci dobrze.

— Och, dobrze mi, dobrze — odpowiedziałem — ale właśnie dlatego, że mi tak bardzo dobrze, trzeba to dobre zakończyć, abym się w nim nie rozpłynął.

— Otóż to są ludzie na świecie! — rzekła pani Strzegocka. — Nigdy tym niezadowoleni, co mają. Którym źle, wzdychają za dobrym i molestują Pana Boga o losu odmianę; którym zaś dobrze, nudzą się, że im dobrze, i radzi by znowu czego złego doczekać.

— Nie tak to się ma rzecz, pani dobrodziejko — odpowiedziałem — nigdy całkowite szczęście nikogo nie nudzi; tylko połowina powodzenia i niepewność o drugą połowę nabawia głowę i serce niepokojem.