— Zawsze to wyjdzie na moje — mówiła pani stolnikowa — bo któryż kiedy człowiek przyznał się do tego, że całkowite szczęście posiada? Ilekolwiek go ma, choćby tego było najwięcej, choćby nawet aż nadto, to on zawsze jeszcze chce czegoś więcej, zawsze pragnie i mówi, że to, co dotychczas ma, to dopiero połowa.
— Bywa i to niekiedy pomiędzy tym nienasyconym rodzajem ludzkim, jednakże są położenia, w których nie tylko że się istotnie tylko połowę szczęścia posiada, ale jeszcze tę prawdę dowodzi się tym, że po prostu to, co się ma, bez tego, czego się pragnie, nie miałoby nigdy żadnego znaczenia ani żadnej wartości.
— Zapewne i takie mogą się zdarzać wypadki; jednak pan skarbnikowicz w nich pewno nie jesteś.
— Nie tylko że jestem — odpowiedziałem, powstając z krzesełka z mocno bijącym sercem — ale nawet właśnie w tej chwili dlatego prezentuję się jejmość pani, iżbym jej upadł do nóg i o ziszczenie drugiej połowy życzeń moich najuniżeniej prosił.
— Cóż to być może? — spytała stolnikowa, mocno zdziwiona. — Proszę, niech pan Marcin mówi śmiało, co tylko będzie w mojej mocy, ani chwili się nie powstrzymam, aby mu dopomóc.
— Nie idzie tu o pomoc żadną, mościa dobrodziejko — odpowiedziałem pokornie — ale o to, iż rozbudziwszy w sercu moim stateczny afekt ku nadobnej córce waćpani dobrodziejki, imć pannie Zofii...
— Jak to! Kto! — zawołała z przerażeniem prawie matka, rzucając na ziemię robótkę i powstając z krzesła. — Panie skarbnikowiczu! To być nie może.
— Dlaczegóż to być nie może? — odpowiedziałem także przerażony tym niespodziewanym sprawy obrotem. — Panna Zofia posiada tyle znakomitych ciała i duszy przymiotów, tyle ujmującą...
— Ale to wszystko dobrze! Ależ Zosia jest jeszcze takim dzieckiem, że ledwie za lat kilka by mogła... ale gdzież tam! Co panu w głowie!
— Pani — zawołałem teraz drżącym, ale donośnym głosem i rzuciłem się do jej nóg jak długi — serce moje jest tak pełne miłości dla panny Zofii i wola moja w tym tak stateczna, iż gotów jestem nie rok, nie dwa, ale dziesięć czekać, jeżeli tylko...