— Ale gdzież tam! Nigdy to być nie może! — rzekła, przerywając mi matka i odsuwając się ode mnie klęczącego na ziemi. — Nigdy! Co panu w głowie?

Ta odpowiedź tak mnie niespodziewanie napadła i tak mnie przeraziła, jak jeszcze nigdy nic w życiu. Sam nie wiedziałem, co się ze mną działo. Drżałem cały, łzy mi się z oczu strumieniem puściły i całą twarz zalały. Zerwałem się jednak z kolan i w tym momencie wyleciałem do sali. Drżąca jak liść, blada jak ściana i na pół umarła prawie stała Zosia pod oknem. Przybiegłem, porwałem ją za rękę i wpadłszy z nią do owego nieszczęśliwego pokoju, padliśmy do nóg matce oboje. Przez to gorzej się jeszcze stało, bo odskoczyła od nas jak oparzona, wołając:

— Boże, ale cóż to jest takiego? Co wam się dzieje? Skąd tak nagle takie afekta? Zosiu! Wstawaj zaraz i ruszaj do twego pokoju!

Myśmy klęczeli, konwulsyjnie prawie trzymając się za ręce, oboje pochyleni, w ziemię patrzący, jakby już tak zamarli, jak skamienieli.

Na to wszedł dziadek.

— Cóż to znów za komedie wyprawia ten Nieczuja? — zapytał on.

— Komedie! — odpowiedziała z fukiem, z niechęcią, z drwinami, ze złością pani stolnikowa. — Oświadczył się o rękę Zosi!

— A to niechże Bóg błogosławi! — odpowiedział dziadek. — Człek tęgi i uczciwy, krew dobra, dłoń silna — i przystąpiwszy do nas, podniósł obiedwie260 ręce nad naszymi głowami, mówiąc jeszcze raz:

— Niech Bóg błogosławi!

Na to pani stolnikowa przyskoczyła już z pasją i porwawszy Zosię za rękę, prawie ją wyrzuciła za drzwi do dalszych pokojów i drzwi zatrzasnęła. Jam się zerwał i wyleciałem na dziedziniec.