— Hej! Zaprzęgaj! Pakuj! — wołałem do moich ludzi. — Niech tu piorun zabije taki dom przeklęty! — Po czym wpadłem do oficyn do mojej izby i zacząłem wszystkie graty moje, które na doręczu leżały, zbierać i rzucać do otworzonego i pod ścianą leżącego tłumoka. Po chwili dziadek, po staremu schylony i o lasce opierający się, przyczłapał do mnie do oficyn, zaraz w progu mówiąc:
— Jakiż bies cię opętał, Nieczujo, że takie komedie wyprawiasz?
— Nie bies, mości dobrodzieju, nie komedie! Tylko to serce niesprawiedliwie pokrwawione tak się rzuca we mnie.
Na to on z wolna:
— Daj no pokój, nie rzucaj się darmo jak cyga261 i nie wymyślaj. Nemo sapiens, nisi patiens262. Siadaj no, pogadamy o tym ze sobą...
— Nie ma o czym gadać, łaskawy panie mój i dobrodzieju — odpowiedziałem, całując dziadka w ramię. — Wiem, że jegomość mi dobrze życzysz i rad byś mi z duszy i z serca jak ojciec, i jeżelim czym jegomości obraził, to przepraszam. Krew u mnie nie woda i jak się rozgrzeje, to i diabeł jej nie ochłodzi, ale z babskim uporem nie ma rady. Nabawili mnie nieszczęścia na całe życie.
— Głośniej mów — zawołał dziadek — bo nic nie słyszę.
I siadł. Więc powtórzyłem mu jeszcze raz, com już powiedział, i potem jeszcze gadałem, co mi fantazja na język przyniosła, bom się aż trząsł cały i diabli mnie brali. Dziadek siedział i milczał, ani jednym słówkiem moich wykrzykników nie przerywał, lubo każde słowo rozumieć musiał, bom mówił wielkim głosem i z wielkim ferworem; wysłuchawszy zaś, także mi nic nie odpowiedział, tylko na sługę zawołał i wina przynieść rozkazał. Nie wiem, gdzie to wino było, ale to wiem, że ledwie co to powiedział, już też zaraz wniesiono gąsior potężny i dwa kubki i koło dziadka postawiono. Rzekł też on zaraz do mnie:
— No! Wysapałeś się już trochę? Hę! Napijże się wina.
— I trucizny bym się teraz napił, nie tylko wina! — zawołałem. — I snadź ona tylko jedna mogłaby być dobrym teraz lekarstwem dla mnie — i porwawszy gąsior w jedną, a kubek w drugą rękę, kilka kubków nalałem i wychyliłem jeden po drugim. Byłbym i zjadł to metalowe naczynie, tak się duch burzył we mnie. Dziadek przypatrywał się temu, po czym rzekł z wolna: